nie potrafie wyjsc ci naprzeciw, porozmawiac, popatrzec dluzej w oczy, usmiechnac sie. tak bardzo, bardzo bym chcial. wczoraj mialem 100 okazji na to… dzisiaj mnie nie bedzie. czekam do poniedzialku w bardzo smutnym stanie zawieszenia, sam jestem sobie winny i o tym wiem. kurcze, gdyby to wszystko bylo prostsze. kazdy czlowiek powinien miec na szyi wytatuowany numer telefonu. nie wiem czy wygladaloby to fajnie, ale przynajmniej siedzialbym teraz nad telefonem i myslal – zadzwonic czy nie zadzwonic. przybija mnie tez troche to, ze moi znajomi uwazaja ze spalilem sprawe nic nie robiac w tym kierunku. co oni moga wiedziec. nawet nie wiedza jak bardzo chcialem i jak strasznie zalowalem i zaluje. chcialbym zeby wczorajszy wieczor trwal 2 razy dluzej. moze wtedy bym cos zrobil. tak. jasne. mhm. ale kit.

strasznie mi bylo smutno kiedy zobaczylem ze wychodzicie. niewiedziec czemu. przeciez nic nie zrobilem w ‚tym’ kierunku. ja powaznie jestem conajmniej popieprzony. tak bardzo czegos chce i czekam cierpliwie, kiedy wystarczy wyciagnac reke. nie mowie tu o czyms wielkim, o milosci, ja po prostu tak bardzo chcialbym cie poznac. tak strasznie. nawet sobie nie wyobrazasz.
a tak wogole to slicznie…

moze to po prostu jest taki okres mojego zycia w ktorym dane mi jest doznac kazdego mozliwego ludzkiego uczucia. no, prawie kazdego, bez przesady, az tak zle chyba nie jest.

nie.
ja jestem zadowolony ze swojego zycia, bardzo mi to wszystko odpowiada, chce tak dalej zyc… tak, tylko troszeczke inaczej.

boje sie ‚jutra’

sam juz nie wiem